RSS
niedziela, 19 czerwca 2011
Thomas Harris - Hannibal po drugiej stronie maski

Trochę ostatnio wybiłam się z rytmu pisania. Zastanawiam się, czy radość nadbiegającymi wakacjami nie zatraciła we mnie tej zdolności. Zaraz pewnie się okaże... Hannibala czytałam stosunkowo dawno, ale z przyczyn ww. postaram się go teraz zopiniować.

Hannibal po drugiej stronie maski przedstawia historię życia Hannibala Lectera. Od dzieciństwa poprzez pierwsze zbrodnie popełniane z zimną krwią odnajdujemy odpowiedzi na pytania, jakie zrodziły się w Milczeniu owiec: Co wykreowało nienawiść Hannibala Lectera do ludzi?

Warto sięgnąć po tę pozycję. Ukazane są tu realia wojny i na tej podstawie narodziny zła. Nie przypuszczałam, że fabuła mnie tak wciągnie, choć muszę przyznać, że przygoda Clarise Starling z doktorem Hannibalem była bardziej w moim guście. Tam wszysto pędziło, choć zapisane było zbyt sucho. Tu pozostaje wyłącznie susza. I to ogromna. Niektóre wydarzenia  wymagają więcej ekspresji, a czytając wyobrażałam sobie, jak świetnie ubrałby to w słowa mistrz Stephen. Czy mogę sobie pozwolić na obwinianie tłumacza? Spotkałam swego czasu komentarz "(...) cóż, można to przeczytać - ale na własne ryzyko." o tej powieści. Na jakie ryzyko, przepraszam?

Historia bardzo przypominała mi Pachnidło.

poniedziałek, 30 maja 2011
Anatol Gotfryd - Niebo w kałużach

Anatol Gotryd, polski Żyd zamieszkały po wojnie w Zachodnim Berlinie, opisuje swoje przeżycia związane z wojną i szarym okresem powojennym.

Tak długo już się zastanawiam co napisać o tej książce... Ale zostaną już tylko te dwie linijki. Opowieść Anatola Gotfryda nie wzbudziła we mnie większych emocji, nie była wyjątkowa. Czytało mi się ją obojątnie, nijako. Nie mogę powiedzieć, że była zła, bo naprawdę mnie poruszyła, ale czegoś mi brakowało. Chyba spodziewałam się czegoś innego patrząc na tę wspaniałą okładkę. A może dla mnie teraz nie czas na takie książki.

środa, 25 maja 2011
Stephen King - Jasność

Nowsze wydanie to Lśnienie.

Jack Torrance dostaję posadę w zamkniętym na zimę górskim hotelu Panorama. Zamieszkuje tam ze swoją żoną, Wendy, i synem Dannym, któremu od początku wydaje się, że coś tu jest nie tak. W końcu cała trójka przekonuje się, że ten odcięty od świata hotel żyje własnym życiem.

Jasność to książka, która przeraża i trzyma w napięciu. Właściwie po raz pierwszy spotkałam się u Kinga z powoli rozwijającą się akcją, co podobno jest jego znakiem rozpoznawczym. Po raz pierwszy zaczęły mi się podobać przebłyski myślowe bohaterów

(zapisywane w ten sposób)

pojawiające nagle, czasem wyrwane z kontekstu, w długim wewnętrznym monologu. Skojarzyło mi się to z jedną z zasad języka angielskiego, gdzie nagłe Past Simple przerywa ciągnące się Past Continuous. W Cmętarzu zwieżąt i Misery trochę mnie to drażniło, aż spowszedniało, do tej powieści pasuje jak ulał.

Po obejrzeniu filmu, gdy usłyszałam (lub przeczytałam) przez przypadek nazwę hotelu - Overlook - przypominał mi się ta przerażająco dziwna twarz Jacka Nicholsona, która przyprawiała mnie o dreszcze.

 

Być może wynika to ze starego wydania i starego tłumaczenia - tu jest tylko nudna Panorama. Czyż to nie banalna nazwa dla tętniącego życiem hotelu? No, Overlook to już coś.

Książka jest po stokroć razy lepsza od adaptacji, ale zakończenie bardziej podobało mi się w filmie. Początkowo było dla mnie niezrozumiałe, po przeczytaniu książki dowiedziałam się, o co chodziło, chociaż w powieści było zupełnie inne. Cóż za paradoks.

Wypożyczyłam Jasność, lecz nie miałam ochoty jej czytać. Ale już tak stała na kostropatej półce i czekała... Aż w końcu zaczęłam. Szła mi dość opornie. Teraz jestem pod jej wrażeniem, ale nie zamierzam już nigdy po nią sięgać. Nawet nie chcę na nią patrzeć. Ma w sobie coś takiego... REDRUM.

sobota, 21 maja 2011
Annie Hawes - W krainie oliwek

...czyli zalążek wakacji.

Chociaż po włosku umiałabym pewnie powiedzieć tylko dwa zdania - jestem zakochana w Italii. Zawsze, kiedy w ręce wpadnie mi książka o tym kraju -  bez wahania po nią sięgam. Mam już w swoim dobytku niezastąpioną Frances Mayes i jej Bella Toskania i Rok w podróży, oraz Petera Mayle'a. Teraz przyszła pora na nieznaną mi do tej pory pisarkę Annie Hawes, Angielkę, która zauroczona Włochami postanowiła wybudować dom w liguryjskiej wiosce. Dowiedziałam się, że pierwszą jej powieścią o urokach pobytu w włoskiej prowincji jest Extra virgin.

Annie wraz z miejscem zamieszkania musiała zmienić swój styl życia odpowiadający niewielkiemu zacofaniu liguryjskiej wsi. Powoli uczyła się języka i zaczęła dostrzegać różnice kulturowe. Założyła plantację oliwek. W książce opisane jest włoskie życie autorki, jej niekiedy śmieszne wpadki i zaskakujące nieporozumienia pomiędzy mieszkańcami małego miasteczka.

W krainie oliwek to ciepła, relaksująca, wywołująca uśmiech na twarzy powieść, którą powinno się czytać z wyciągniętmy w promieniach słońca nogami i kubkiem cappucino w ręku. Wtedy poczujemy ten włosko-oliwkowy, liguryjski wakacyjny klimat.

Oczywiście książka miała drobny defekt dotyczący formy. Źle mi się czytało dialogi, które nie były znaczone pauzami. W pewnych momentach nie mogłam odróżnić monologu od zwykłego opisu... Chwilami też miałam wrażenie, że autorka próbuje mnie zniechęcić do Italii. Na szczęście nieskutecznie.

Zauroczyła mnie okładka, jak to zwykle w takich słonecznych opowieściach bywa.

17:04, marchefwbutonierce
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 maja 2011
Albert Camus - Dżuma

Każdy nosi w sobie dżumę, nikt bowiem, nikt na świecie nie jest od niej wolny.

Człowiek to postać niebagatelna. Jeden, widząc problem, próbuje ominąć go szerokim łukiem. Drugi stawia mu czoła z nadzieją na lepsze jutro. Trzeci, czwarty, piąty podda się. A jak zareaguje społeczeństwo w stanie zagrożenia? Jak zachowa się dwadzieścia tysięcy ludzi na wieść o izolacji i życiu wyłącznie w towarzystwie tych samych osób do odwołania? W Dżumie możemy znaleźć odpowiedź na to pytanie.

W tysiąc dziewięćset czterdziestym... którymś roku miasto Oran nachodzi Dżuma. Wybuch epidemii wywołuje różne reakcje u ludzi, jednak z biegiem czasu zaczynają ufać doktorowi Rieux, który od początku walczy z tą chorobą. Bohaterowie świadomi swych wad i słabości, choć tęsknią do spokojnego życia, to jednak angażują się w walkę z dżumą. Niektórzy ulegają wewnętrznej przemianie, np. ojciec Paneloux, Rambert

Tytuł utworu jest wieloznaczny, powinniśmy interpretować go metaforycznie. Dżuma jest tu czynnikiem organizującym wydarzenia w powieści, jednak w sensie przenośnym choroba oznacza zło, które przyjmuje różne formy. Dlatego moim ulubionym bohaterem nie powinien być Cottard. Ale jednak.

Cottard to najbardziej tajemnicza postać tego utworu. Przed wybuchem epidemii próbował popełnić samobójstwo, jednak nie udało mu się. Pozostał w konflikcie z prawem i obawiał się aresztowania, dlatego dżuma stanowiła dla niego poniekąd wyzwolenie, swego rodzaju azyl. Choroba powodowała w nim przemianę. Nie krył swojego zadowolenia z dżumy, jako jedyny nie walczył z nią. Cottard rezprezentuje postawę nieakceptowaną przez społeczeństwo, bo jest w powieści uosobieniem zła. A jednak przez całą książkę mu kibicowałam.

Nie mogę pozostawić wpisu bez tego cytatu, ostatniego podsumowującego zdania tej powieści:

Bakcyl dżumy nigdy nie umiera i nie znika, że może przez dziesiątki lat pozostać uśpiony w meblach i bieliźnie, (...) i że nadejdzie być może dzień, kiedy na nieszczęście ludzi i dla ich nauki dżuma obudzi swe szczury i pośle je, by umierały w szczęśliwym mieście.

Dżuma jest w pewien sposób podobna do Buszującego w zbożu. Dopiero po zamknięciu ostatniej strony czytelnik docenia jej wartość i dużo o niej myśli. Dla mnie to wyjątkowa, psychologiczna książka. Na pewno nieprędko o niej zapomnę.

KAŻDEMU polecam.

niedziela, 08 maja 2011
Paulo Coelho - Brida

Brida to młoda irlandzka dziewczyna, która w wieku dwudziestu jeden lat rozpoczyna swe duchowe poszukiwania. Spotyka mędrca, który widzi w niej bratnią duszę (Soulmate) i starszą kobietę - Wiccę, która prowadzi ją w arkana magii. Oboje uznają, że dziewczyna ma Dar, ale to od niej zależy, jak go wykorzysta. Musi wprowadzić harmonię między swoimi emocjami i dokonać wyboru pomiędzy jej narzeczonym Lorensem a Magiem - bratnią duszą.

Prawie wszystkie książki Mego Ulubionego Coelho są o tym samym. Miłość. Mądrość. Dużo filozofii i kontaktów z zaświatami... A jednak Brida ma w sobie "to coś". Ładna opowieść o wewnętrznych poszukiwaniach i wyborach. Autor przedstawia uczucia w inny niż kiedykolwiek sposób, choć treść książki bardzo przypomina mi Czarownicę z Portobello (forma ani trochę!), między innymi rytuał Tańca. Paulo Coelho pokazał to, co chciał, nawet mu się to udało. W pewnych momentach czułam się jakbym była członkiem tej sekty Magów, Czarownic i ich uczniów, która rozbiera się przy ognisku i tańczy do rytmów przyrody. Z guru Wiccą na czele. No właśnie, tego mi było za wiele... Pewnie cząstka hippisa mieszkająca w autorze się tu ujawniła.

Jeszcze jedno, czego mogę się czepić w tej książce to Bóg. I nie chodzi mi wyłącznie o Jego "żeńskie oblicze", bo to już się objawiło w prawie każdej książce. Coelho pisze tu o Nim bzdury, za przeproszeniem. Nie przypominam sobie, aby Bóg kiedykolwiek miał coś wspólnego z magią... Pismo Święte miesza z jakimiś ezoterycznymi poradnikami i kartami tarota. Chyba pan trochę przesadził.

Jednak Brida to książka wartościowa. Nie tak dobra jak Pielgrzym czy Alchemik, ale zaliczam ją do tych lepszych autorstwa Paulo Coelho. I mogę się spotkać z opiniami negującymi, ale cóż - taki los Paulo Coelho - albo się go lubi, albo nie.

poniedziałek, 02 maja 2011
Andrzej Pilipiuk - Księżniczka

Andrzej Pilipiuk jest chyba najczęściej pojawiającym się tu autorem. Jako dodatek specjalny, do jego ulubionych słów dorzucam: e) samogon.

Księżniczka to druga część trylogii o siostrach Kruszewskich. Pierwszą, Kuzynki, mam już za sobą (moja pierwsza pilipiukowska książka), a o trzecią, Dziedziczki, jeszcze powalczę, jak będzie trzeba. Jako że w Kuzynkach pisarz skupia się na Katarzynie i Stanisławie Kruszewskich, tutaj więcej jest o księżniczce Monice Stiepankovic - wampirzycy, która jako szesnastolatka żyje już na tym świecie tysiąc dwieście lat. Monika zwiedziła w tym czasie cały świat. Nauczyła się wielu języków i poznawała zmiany w kulturze na przestrzeni wieków. Ma na piersi wytatuowany herb rodu Stiepankoviców. Potrafi walczyć, nosi przy kostce sztylet w razie wypadku. A jak się odżywia? Ma pod językiem ssawkę i od czasu do czasu strzela nią w końską żyłę i wsysa. Teraz akurat próbuje ukryć się przed łowcami wampirów, w czym pomagają jej Stanisława i Katarzyna oraz Alchemik Michał.

Książka jest ciekawa, akcja od początku toczy się szybko. A opis Krakowa to coś wspaniałego. Cały czas miałam ochotę przejść się tymi uliczkami, Plantami, wejść do antykwariatu na Starym Mieście itd...  Na okładce jest ostrzeżenie: Homeopatyczna zawartość Jakuba Wędrowycza. Rzeczywiście, staruszek egzorcysta raz się tu pojawia, wnikliwy czytelnik to dostrzeże. Nie brakuje tu ciekawych opisów ze świata techniki i chemii. Prawdę mówiąc, więcej wiem od autora niż kiedykolwiek dowiedziałam się z lekcji chemii. Aż mnie zadziwia, jak Pilipiuk zgrabnie, lekko opowiada. Jeśli mam Księżniczkę porównać do przygód Jakuba W. - jest lepsza, ale Oku jelenia jednak nie dorównuje. Czyli ogólnie książka była niczego sobie, ale...

Zakończenie mnie zawiodło. Zauważyłam, że zostało mi tylko pięć stron, a tu nic się nie dzieje... I tak do końca! Spodziewałam się spektakularnej walki na miecze, a tu nic. Łowcy się pomylili. W tym momencie książka straciła dla mnie całkowity sens i jakąkolwiek wartość. Pilipiuk przez całą powieść utrzymywał w napięciu, by na końcu wszystko zepsuć. Istna groteska. Pisał to na kacu? w pośpiechu? gonił konkretny termin? Nie wiem. Trochę mu to nie wyszło.

czwartek, 28 kwietnia 2011
Stephen King - Cmętarz zwieżąt

Rodzina Creedów przeprowadza się do małego miasteczka Ludlow. Chcą odpocząć od chicagowskiego zgiełku i rozpocząć nowe spokojne życie. To miejsce jest niewątpliwie do tego stworzone. Piękne widoki, wzgórza, las, droga prowadząca do Cmętarza Zwieżąt założonego przez dzieci... Jednak życie doktora Louisa i jego rodziny zamienia się w koszmar, gdy ginie Church - kot małej Ellie. Wszystko byłoby dobrze... Ale Louis, który nie zna przeszłości, nie chce słuchać ostrzeżeń.

Najpierw czekałam na coś. Później się zbierało... Wizja we śnie. Potem znów czekałam, czekałam, czekałam... Aż dałam się porwać książce. Dopiero "po jakimś czasie" zauważyłam, że w pewien sposób zyskuje ona przewagę nad czytelnikiem. Jest wciągająca, nie można się oderwać gdy już się zacznie. Nagle przekonujemy się, że widzimy żółte ślepia Wendigo, gdy przymkniemy powieki... Nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że czuję oddech tego chłopczyka, Gage'a! Czasem żałuję mojej wyobraźni... No bo nie żebym się bała ciemności, ale nigdy, nigdy już nie pozwolę sobie na czytanie Kinga po nocach. O nie. Jednak to nie przeraziło mnie tak, jak opis zmęczonego, obłąkanego Louisa z siwymi (!) włosami. Ukoronowanie całej tej powieści.

Meritum był przecież Oz Wiejki i Wsaniały, jakże mogłam zapomnieć.

Podoba mi się, jak autor oszukuje czytelnika. Przedstawia sprawy w taki sposób, że gdy myśli się już "uff", nagle to wszystko znika. Znika poczucie ulgi, a znów wkrada się niepewność... To tak, jakby autor po drugiej stronie powieści uśmiechał się ironicznie. Tylko dlaczego mój ulubiony bohater stał się martwy (och, nie mogę powiedzieć, że umarł)? Czy nie mogła to być ta irytująca, rozwrzeszczana Ellie...?

Nie czuję niedosytu z powodu otwartego zakończenia. Pomimo że nie lubię takich - to było mistrzowskie. Pozostaje wrażenie, że ta historia się nie zakończyła, że nadal trwa, tylko my nie jesteśmy jej świadkami.

Tytuł starszego wydania brzmi Smętarz dla zwierzaków, pewnie bardziej próbowano upodobnić go do oryginału Pet Sematary. Ale niech będzie i ten z błędami ortograficznymi, też jest w porządku.

Książka nie jest ciężka i bardzo miło się ją czyta. Zwłaszcza wieczorami. Więc, hmm, Hey-ho, let's go!

 

A żeby jeszcze bardziej umilić moją przestraszoną duszę sięgnęłam po Antoniego Czechowa (ależ to nazwisko brzmi poważnie!) Śmierć urzędnika i inne opowiadania. Tak dla osłody, nutka standardowego humoru i szczypta rosyjskiej psychologii.

sobota, 23 kwietnia 2011
Pamela L. Travers - Mary Poppins

Czy ktoś jeszcze nie zna niani, która przyleciała wraz ze wschodnim wiatrem na parasolce z papuzią rączką?

Mary Poppins zjawia się pewnego dnia na ulicy Czereśniowej u rodziny poszukującej guwernantki. Zostaje nianią czwórki dzieci: Michasia, Janeczki, Basi i Jasia. Akcja toczy się w przedwojennym, angielskim mieście wśród codziennego otoczenia, ale za sprawą Mary Poppins dzieci ciągle przeżywają nieprawdopodobne przygody, bo Mary przekracza granice realnego świata wiodąc swych wychowanków w świat czarów.

Mary Poppins to bardzo stara powieść, napisana w 1934 roku. W moich rękach znalazło się wydanie z roku 1957. Nawet pachnie inaczej niż inne książki. Ma zapach dawnej Biblioteki. Czytając ją, poczułam się znów małą dziewczynką. Chociaż nigdy nie chciałabym mieć takiej niani jak Mary Poppins. Jako bohaterkę bardziej lubiłam ją filmową niż książkową. W powieści to próżna, niemiła i oschła osoba, a jednak dzieci ją polubiły, bo zabierała je w różne miejsca, gdzie tylko ona, Mary, miała dostęp.

Coraz częściej wracam wraz z książkami do lat dzieciństwa. Zaczęło się od Piotrusia Pana Jamesa Barrie, a jeszcze w Bibliotece zauważyłam Pollyannę (czytałam ją dawno, zafascynowana filmem z 1960 roku) i wiele, wiele innych. Miłe jest takie odstresowanie się wraz z lekturą napisaną prostym, dziecięcym językiem przeznaczoną dla najmłodszych czytelników... Jednak te stare powieści, jak właśnie Mary Poppins, Pollyanna, Alicja w Krainie Czarów i Piotruś Pan są najlepsze. Tak łatwo jest powrócić do krainy magii, wyobraźni, do Nibylandii... Czasem bardzo mi tego brakuje.

14:00, marchefwbutonierce
Link Komentarze (2) »
środa, 20 kwietnia 2011
Jodi Picoult - Deszczowa noc

Pierwsza przeczytana przeze mnie książka Jodi Picoult to Bez mojej zgody. Piękna, wzruszająca, bardzo smutna powieść, przy której uroniłam łzę. Swoją drogą, adaptacja filmowa bardzo negatywnie mnie zaskoczyła całkiem innym zakończeniem. Ale to już taka dygresja. Z przyjemnością sięgnęłam po kolejną książkę tejże autorki. Gdy już miałam za sobą nie więcej niż jedną piątą Deszczowej nocy, byłam przekonana, że mam do czynienia z czymś w stylu Nicholasa Sparksa. "Kiczowate romansidło", jak to mówią. Jednak myliłam się.

Cameron jest szefem policji w małej, prowincjonalnej miejscowości w stanie Massachusetts, zamieszkiwanej od pokoleń przez członków szkockiego klanu, z którymi łączą go więzy krwi i honoru. Jednak gdy jego kuzyn, Jamie zjawia się w komisariacie i wyznaje, że zabił swoją śmiertelnie chorą żonę, Cameron aresztuje go, nie bacząc na bliskie pokrewieństwo. Liczy się dla niego tylko surowe, obiektywne prawo. Żona Camerona, Allie, choć bezgranicznie oddana mężowi, tym razem bierze stronę Jamiego, widząc w nim mężczyznę, który nie odmówi żadnej prośbie ukochanej kobiety.

Czytając opis na okładce myślałam, że fabuła będzie o Jamiem siedzącym w areszcie i czekającym na wyrok. Ale to była tylko taka podpórka. Książka opiera się na przeżyciach komisarza Camerona i Allie - jego żony. Czyli jest o miłości. O tym, jak daleko może posunąć się człowiek, który kocha za bardzo. Średnio co dwa rozdziały pojawia się kartka z pamiętnika. Zastanawia mnie, czy to zapiski Camerona do Mii - jego kochanki, czy Jamiego do zmarłej żony. Wydaje mi się, że to pierwsze, jednak nie jestem stuprocentowo pewna. Przez całą książkę przewija się historia rodu MacDonaldów. Wolałabym, żeby było mniej opisów dawnych dziejów, bo momentami odpływałam.

Jodi Picoult w subtelny sposób snuje rozważania o uczuciach. Zwraca uwagę na szczegóły, ukazuje kruchość w doskonałym stylu. Porusza przy tym bardzo ważne sprawy, takie jak zabójstwo, eutanazja. Granice, które przekracza się w imię miłości.

Jest jeszcze jedna rzecz, która przejawia się w tym obszernym tomisku, jakże w stylu Jodi. Prolog. A raczej fragment wyrwany ze środka powieści, w tym wypadku z końca drugiej części (książka liczy ich trzy) i zamieszczony  w prologu. To robi czytelnikowi smaka, później należałoby do tego powrócić, o czym się zazwyczaj zapomina. Może to i oryginalne, ale drażni mnie i wprowadza niepotrzebny zamęt.

Tytuł oryginalny to Mercy. Nie wiem, dlaczego przetłumaczono to na Deszczową noc. Nie widzę żadnej analogii. Czyż nie lepiej byłoby zostawić Miłosierdzie, jak jest? Oczywiście, że lepiej. Ukłon w stronę tłumacza. Którego jednak podziwiam za to, że z suchego angielskiego idealnie przełożył na polski. Przełożyła, bo to kobieta. Tylko tytułu by pani nie zmieniała...

Deszczowa noc na pierwszy rzut oka wygląda na romans, jeśli ktoś nie zna autorki. Nawet sama okładka na to naprowadza. Ale ja nie lubię romansów, a ta książka była wspaniała. Jodi Picoult pisze wartościowe powieści, szczerze polecam.

 

Odchodząc od tematu, do Biblioteki wpłynęły świeże nowości wydawnicze. I jak tu się nie oprzeć... Właśnie miałam brać się za horror, który już czekał na mojej kostropatej półce, jednak uznałam, że należy mi się chwila świątecznego relaksu i robię przerwę z ciężkimi książkami. Powracam do czasów dzieciństwa...

 
1 , 2 , 3